Jak połączyć smaki w burgerze aby był on pyszny

W tym miejscu wypadałoby przedstawić historię burgera; wyjaśnić, że nazwa hamburger nie pochodzi ani od szynki, ani od chama, pochylić się nad ewolucją tego dania, pokazać, jak wymawia się słowo „burger” wszędzie poza Ameryką — i tego typu rzeczy.

Miast tego, zarzucimy ciekawostką o tym, jak to się oryginalnie robiło i jeśli jakaś burgerownia nie wykorzystuje takiego rozwiązania w swoim lokalu, to już jest macdonaldyzacja szlachetnego posiłku — który, jak wiadomo, jadały hamburskie książęta, jak już im się kolor krwi zmienił z błękitnego na amarant — a taki lokal powinien nazywać się co najwyżej burdelownia zamiast burgerownia.

Chodzi o ujeżdżanie burgera dupą, że tak się kolokwialnie wyrazimy.

Kiedy Czyngis-chan wyruszał na podbój świata ze swoją armią Mongołów, kazał on przygotować żołnierzom zapasy pożywienia na dłuższe podróże między podbijaniem jednego miasta, a spalaniem drugiego.

Mongołowie wymyślili więc coś bardzo mądrego i tutaj od razu uczulamy Was, żebyście się zastanowili co najmniej dwa razy, zanim nazwiecie kogoś mongołem w kłótni.

Przed wyruszeniem w podróż, każdy jeździec siekał mięso wołowe na bardzo drobne kawałki, a następnie formował je w rękach we względnie jednolitą całość, którą wsadzał pod siodło.

Kiedy tak cały tabun wesołych wąsaczy galopował ku chwale, ich pośladki — wcale nie ku mniejszej chwale — odbijały się od siodła i ubijały posiekaną wołowinę w kotlet, który po dotarciu na miejsce postoju był już dobrze zwarty i każdy Mongoł mógł sobie takiego burgera wszamać ku pokrzepieniu serc.

A jeśli podczas jazdy na koniu trafił się jakiś Generał Bhon-chek, to można powiedzieć, że mongołowie sezonowali wołowinę jeszcze zanim stało się to modne.

Tak że pamiętajcie, jeśli burgerownia nie ma Mongoła, który ubija kotlety tyłkiem, to niech się pocałują.

Rozruszani? Rozbawieni? Zniecierpliwieni?

W takim razie przechodzimy do mięska.

Jak przygotować burgery, żeby nie było siary?

W tym poradniku przedstawimy Wam, jak przygotować burgery, które wyglądem będą przypominać to, co często widzicie na plakatach w sieciówkach, z tą małą różnicą, że u nas zdjęcia oddają rzeczywistość 1 do 1.

3052 + 41 =3093.

Czy wiecie, co z tego wynika?

Absolutnie nic.

Brawo, właśnie straciliście od 30 sekund do 2 minut życia, w zależności od tego, jak szybko czytacie i co mieliście z matematyki.

A teraz do rzeczy.

Tak sobie oglądamy czasem to nasze kulinarne dziecko i wychodzi jak afroamerykańskie na nordyckim, że naszą specjalnością są pizze, zupy, zapiekanki i… kanapki.

Może i nie dostaniemy za te umiejętności Orderu Odrodzenia Polski, ale burger to też kanapka, a skoro kanapki są poniekąd naszym konikiem — choć w przypadku burgerów należałoby powiedzieć, że kanapki to nasza krówka — to przysłużymy się Wam, żebyście już nie musieli więcej przepłacać za „najlepsze burgery na mieście”, tylko mogli sobie podarować wizytę w Teatrze Wielkim Smaków bez wychodzenia z domu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *